Odnaleźć się w nowym miejscu


Co robicie, gdy znajdujecie się w nowym miejscu? Idziecie do informacji turystycznej, czytacie porady na tripadvisor? A może w ogóle nie odwiedzacie nowych miast, wracając zawsze to tych samych? Przeprowadzanie się w nowe miejsce ssie. A jeszcze gorzej jest, gdy przenosicie się za granicę. Co ze sobą zabrać? Czy można sobie poradzić, nie znając języka? Jak sobie poradzić? Poruszam dziś kilka kwestii, które najbardziej zapadły mi w pamięć.


Od czego zacząć po przyjeździe?

Dobra, podstawa pewnie was nie zdziwi. Szukacie mieszkania. Może dostaliście akademik. U mnie było nie tak łatwo  w Portugalii – okazało się, że żeby dostać akademik, trzeba stanąć na głowie, ewentualnie przyjechać z Chin. Szukanie mieszkania zajęło mi… No, tak po prawdzie to nawet nie zaczęłam szukać. Przyjechałam tu w niedzielę, a w poniedziałek miałam pierwsze zajęcia. Usiadłam w ławce z Czeszką (klik), która okazała się być na wyjeździe z Erasmusa. Po kilkuminutowej rozmowie powiedziała, że w jej domu wciąż są jeszcze wolne miejsca. Wieczorem przeszłam się obejrzeć pokoje, a w środę się przeprowadziłam. Przy okazji, jeśli wybierasz się do Portugalii – nie szukaj mieszkania przez internet, znacznie lepiej jest rozejrzeć się za nim na miejscu. Natomiast po przeprowadzce warto od razu zorientować się, gdzie są… kontenery na śmieci. W Niemczech odkrycie ich zajęło mi chyba ze trzy tygodnie, a w pewnym momencie aż głupio mi było pytać o nie znajomych.


Co ze sobą zabrać?

Gdybym miała powiedzieć coś sobie we wrześniu zeszłego roku, byłoby to – przesyłka z Polski kosztuje szalone pieniądze, a masę sprzedawców na allegro trzeba wręcz błagać, by się na nią zgodzili. Z pewnością wzięłabym ze sobą farbę do włosów i soczewki, które potem musiałam zamawiać. Teraz niedawno dostałam paczkę z domu (pierwszą, odkąd przyjechałam) i nie mogę powiedzieć, jak bardzo się ucieszyłam widząc całą paczkę Theraflu (leki w Portugalii są dość dziko drogie, przynajmniej tam, gdzie ja patrzyłam), kilka folijek na ekran telefonu i ulubiony podkład. Co do kosmetyków, nie warto brać ich dużo na zapach, bo w większości europejskich państw można znaleźć mniej więcej to samo – ale na przykład na południu trudno znaleźć podkład dla bladej cery.



O czym trzeba pamiętać?

Uwierz mi, przez pierwszy tydzień nie będzie ci się podobać w nowym miejscu. To chyba tak pewne, że można to nazwać regułą. Większość moich koleżanek później przyznawała się, że w ciągu tych kilku pierwszych dni płakała za domem. Ja w Moguncji też, a Portugalia od pierwszego wejrzenia mi się nie podobała. Zajęcia na uczelni, szukanie sal i siedzenie w nich, gdy nie zna się nikogo, zawsze jest koszmarem. Chodzenie do sklepu z włączonymi mapami google było dla mnie normą przez pierwszych kilka dni, a potem (czasem nadal) używanie translatora, żeby dowiedzieć się, czy biorę do ręki cukier czy sól. Ale z każdym dniem, każdą wizytą w sklepie, jest coraz łatwiej. Obcy ludzie nagle stają się przyjaciółmi i ani się obejrzysz, a nazwiesz nowe miejsce domem. Trzeba tylko zacisnąć zęby i przecierpieć ten pierwszy tydzień. A chodzenie do sklepu ze słownikiem stanie się zabawną anegdotką, którą można opowiedzieć po powrocie.



W dzisiejszym poście wrzucam zdjęcia z mojego uniwersytetu i przylegającego do niego Ogrodu Botanicznego. Wreszcie dorobiłam się przyzwoitego aparatu, więc mam nadzieję, że widać poprawę. W przyszły poniedziałek rozpoczynam ferie wiosenne i wybieram się na road trip po Hiszpanii, po której na pewno będę miała sporo do opowiedzenia. Tych, którzy chcą być ze mną na bieżąco, zapraszam na snapa i instagramstories (mykotka).



Wyniki konkursu – pocztówki powędrują do Marta W. i Blisko Lasu. Gratulacje :) Czekam na Wasze adresy, a resztę obserwujących proszę o cierpliwość – na pewno nie ostatni raz organizuję coś takiego, lubię wysyłać pocztówki :)


A teraz pytanie do was - jeśli miałyście doświadczenie w przeprowadzaniu się do obcego miejsca, jak sobie z nim radziłyście? Stwórzmy razem poradnik-gigant. Zawsze pod postami z radami najbardziej interesowały mnie komentarze, z których nie raz mogłam wynieść więcej niż z samego posta, a pod postem o moim Erasmusie w Niemczech (klik) znalazłam wiele interesujących opinii.

Z wizytą u zmarłych + ROZDANIE



Coimbra nie jest najbardziej znanym miastem w Portugalii, nie jest nawet w pierwszej piątce. Turystów jest tu sporo, co dziwi tym bardziej, bo w Polsce nikt o niej nie słyszał. Za czym więc turyści ściągają do Coimbry? Miasto ma fajne, staroświeckie uliczki, najlepsze na świecie wypieki, stary uniwersytet i... najpiękniejszy cmentarz, jaki kiedykolwiek widziałam. Tak, nie żartuję. Ludzie przyjeżdżają tutaj zwiedzać cmentarz i wcale im się nie dziwię.


Cmentarz założono w 1860 roku (na wzgórzu, a jakżeby inaczej! Cała Coimbra to wieczne chodzenie w górę i w dół) i wkrótce po tym okazało się, że zwykły pochówek nie wystarczy, że bogate rodziny potrzebują wyróżniać się nawet po śmierci. Rzemieślnicy zaczęli prześcigać się w zdobieniach tych niedużych domków, a stało się to tak ważne, że stworzyli własny, coimbrijski styl mauzoleów.


Niewiele więcej udało mi się o nim dowiedzieć. Bariera językowa stoi na przeszkodzie, a po angielsku nie znalazłam praktycznie żadnych wzmianek na ten temat. Żadnych strasznych historii i duchów krążących po okolicy. Być może zmarli, zadowoleni z wystawnych grobowców, nie mają powodu straszyć mieszkańców miasta.


Cmentarze nie są zbyt popularnym celem wycieczek turystów. Być może większość z Was na wakacjach szuka relaksu i chwili odprężenia, nie gęsiej skórki i niepokoju, który wzbudza zestawienie doskonale widocznych trumien i często wakacyjnych zdjęć ustawionych na półeczkach obok. Jeśli jednak macie wolne popołudnie, warto zajrzeć na lokalny cmentarz - te w Portugalii są szczególnie czarujące.


UWAGA KONKURS!
Wśród osób, które obserwują mojego bloga (warunek obowiązkowy!) i zostawią swój adres e-mail w komentarzu pod tym postem wylosuję dwie, którym wyślę pocztówki z Coimbry. Być może któraś z Was ma ochotę powiesić sobie na ścianie coś kolorowego, by przegonić złą pogodę :) Można się zgłaszać do poniedziałku do północy. Wyniki podam w następny wtorek w nowym poście.

Czym zachwyciła mnie Lizbona?


Choć mało jeszcze w życiu widziałam, odważę się powiedzieć, że Lizbona to jedna z najpiękniejszych stolic europejskich. Tanio, aż ciężko uwierzyć - ceny jak w każdym innym miejscu w Portugalii, a tyle miejsc do zobaczenia, że mogłabym tam wracać co miesiąc do końca życia. Jeszcze was nie przekonałam? A co powiecie na 22 stopnie Celsjusza w lutym? No, to możemy zaczynać.


Było warto?
Nie będę ściemniać i od progu powiem, że Lizbona totalnie mnie zauroczyła. Białe domy, czerwone dachy, czyste niebo i słońce – i mamy obrazek taki, że nawet mój telefon zdecydował się robić przyzwoite zdjęcia. Być może z pogodą dopisało nam szczęście, bo pogoda w Portugalii w lutym zmienia się tak szybko, że czasem ciężko nadążyć ze zmianą kurtek. Weekend, w który wybrałam się tam z przyjaciółmi, nie padało nawet przez chwilę, za to do Coimbry wróciliśmy z zarumienionymi od słońca twarzami. Opalać się w lutym - nieźle, nie?


 Zamek św. Jerzego
Czyli główny punkt naszej wycieczki. Gdy szukaliśmy, co zobaczyć w Lizbonie, był na liście najczęściej polecanych miejsc. Zmęczeni chodzeniem po mieście, na szczyt góry dojechaliśmy ślicznym, staroświeckim tramwajem, z których Lizbona słynie. Jeszcze trochę ich po centrum jeździ. Choć nasz był przepełniony, było warto. Czułam się przez chwilę, jakby ktoś cofnął nas w czasie… i tylko trzask lustrzanki stojącego obok mnie Azjaty wyrwał mnie z tego wrażenia. Poniżej samego zamku mamy stare miasto, i wiecie co? Pewnie wiecie. Było piękne.


Siedem cudów Portugalii
Warto, będąc w Lizbonie, spróbować wiśniowego likieru. Albo czekolado-wiśniowego likieru. Na pewno sami zobaczycie, gdzie go sprzedają – nawet w lutym wokół tych miejsc kręciło się pełno turystów. A gdy zobaczycie już stare miasto i nie chcecie, by alkohol uderzył wam do głowy, możecie jeszcze odwiedzić ocean (z centrum trzeba złapać, a jakżeby inaczej, tramwaj). Obok Torre de Belem, świetnie zachowanej wieży z szesnastego wieku, rozciąga się deptak. Można sobie posiedzieć i pogapić się na ocean. I naprawdę nic więcej do szczęścia nie trzeba.


Nocne życie
Po obiedzie, który zjedliśmy koło dziewiątej (tak, to normalna pora tutaj – o różnicach między nami a Portugalczykami jeszcze napiszę w oddzielnym poście) przyszła pora zwiedzać miasto nocą. Host koleżanek zaprowadził nas do baru, gdzie czterdzieści szotów kosztowało 9 euro! Gdy wracaliśmy do hostelu po północy, ludzi na ulicach było pełno, jakby to był środek dnia. A, może jesteście ciekawi – za noc w czystym i nowoczesnym hostelu (6 łóżek, ale tylko 3 zajęte przez nas w pokoju) zapłaciliśmy dziesięć euro. Czy to nie jest taniej, niż nad polskim morzem?


Lizbona i ja zdecydowanie nadajemy na tych samych falach. Ja wyszłam z tego spotkania kompletnie oczarowana i wiem na pewno, że to nie była moja ostatnia wizyta w tym mieście.



Podsumowanie semestru w Niemczech


Hej!

Dziś opowiem o tym, jak wyglądał mój Erasmus w Niemczech. Sama, gdy zastanawiałam się, jak wybrać kraj na stypendium, szukałam opinii studentów w Internecie, kosztów wyjazdu, informacji, jakie miasto wybrać. Postaram się napisać taki post, jakiego sama potrzebowałam przed wyjazdem do Moguncji. Może zabrzmi trochę jak poradnik, ale starałam się napisać go w formie pamiętnika.

Rzeka Ren, z którą spotkałam się w sześciu różnych miastach. Mówi się, że w dolinie rzeki Ren żyją najsympatyczniejsi ludzie :)

LOKALIZACJA

Tu ważne są dwie sprawy - położenie, bo zachodnie Niemcy zwykle są droższe niż wschodnie, i rozmiar - najlepiej wybierać większe miasto, w których będzie więcej studentów z wymiany. Taka opcja daje nam też większą różnorodność – świetnie jest poznać nie tylko Europejczyków (czyli przede wszystkim wszechobecnych Włochów), ale też ludzi z innych kontynentów. Im mniejsze miasto, tym nasze szanse spadają. Ja miałam przyjaciół z Korei, USA, Kolumbii... Niesamowity miks kulturowy. Za to moja koleżanka, która pojechała do małego miasta na Litwie, miała na uczelni dwudziestu studentów z wymiany, z czego szesnastu z Turcji. Nie było to spełnienie jej marzeń ;) Ja nie miałam wyjścia, bo Moguncja była jedynym dostępnym mi uniwersytetem w Niemczech, który miał katedrę języka rosyjskiego. W mieście działo się dużo, w ciągu tygodnia mieliśmy zwykle kilka różnych wydarzeń i musieliśmy wręcz zbierać się co kilka dni, by zdecydować, co robimy w danym tygodniu. Na wszystko nigdy nie starczało czasu, ale nie żałuję - uwielbiam zbierać nowe doświadczenia.


Gdybym miała zrobić listę zabytków UNESCO, które zobaczyłam przez ten semestr, to byłaby ona imponująca

PODRÓŻE

Świetnie jest wybrać miejsce, gdzie działa ESN lub inna organizacja tego typu – w Niemczech ESN nie jest szczególnie popularny, u mnie go nie było, zamiast tego mieliśmy Studierenden Werk i Erasmus Team, którzy może mieli inne zadania, ale świetnie się nami zajmowali. Warto jest zacząć zwiedzać okoliczne miasta od samego początku semestru, kiedy jeszcze nie ma zbyt wiele nauki, a w semestrze zimowym jest jeszcze w miarę ciepło. Samodzielne załatwienie wycieczki czasem bywa trudne, więc dobrze jest brać udział w tych, które organizuje uczelnia - zwykle są organizowane "po kosztach". Jeśli zaś nie lubimy podróżowania w grupie, można te szkolne wycieczki potraktować jako podpowiedzi, które miasta w okolicy warto odwiedzić.

Proszę bardzo, jak drogo jest w Niemczech - czasem nie starcza kasy, żeby skończyć budynek i zostają takie dziury ;)

KOSZTY

Erasmus w Niemczech to dziura bez dna. Stypendium z uczelni skończyło mi się jeszcze w październiku i czasem bywało ciężko. Ceny wszystkiego są wyższe – może oprócz odzieży, jeśli ma się Primarka pod ręką. Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że w czasie semestru za granicą żyje się jednak zdecydowanie bardziej aktywnie niż normalnie – regularne są wycieczki, imprezy, wspólne wyjścia (zakupy, spacery, kino, tatuaże... Mam teraz czarną dziurę, a przecież tyle się działo!), czy wypady ze znajomymi. Ja nie chciałam wspominać Niemczech jako okresu, w którym odmawiałam sobie wszystkiego, i choć starałam się żyć oszczędnie, gdy moi przyjaciele wychodzi, ja szłam z nimi. Dzięki temu mam wiele przepięknych wspomnień, do których będę wracała latami.

Warto jest zaprzyjaźnić się z kimś z lustrzanką. ;)
ZNAJOMI

To była kwestia, której najbardziej się bałam. A co, jak nikogo nie poznam? Sama będę w pokoju siedziała przez cały semestr! Albo z nikim się nie polubię. Albo coś pójdzie nie tak. Dziś mogę już z pewnością powiedzieć, że nie ma takiej opcji. Podczas tygodnia organizacyjnego (info days, welcome week) poznałam kilkadziesiąt osób. W ciągu semestru spotykałam ich potem w najróżniejszych miejscach. Najbliżej byłam z tymi, którzy mieszkali w moim akademiku – po pierwszym tygodniu stworzyliśmy grupę, która w krótkim czasie zżyła się tak, jakbyśmy znali się od lat. A jednak dzięki temu, że w czasie info days poznałam masę innych osób, miałam też z kim robić projekty na zajęciach, z kim siedzieć w bibliotece, a także zostałam zaproszona na świętowanie Koreańskiego Nowego Roku. Ludzie na Erasmusie są bardzo do siebie podobni – nastawieni na poznawanie nowych osób, otwarci, kochający podróże i języki obce. Jeśli odnajdujecie w tym opisie siebie, taki wyjazd jest dla was.

Mało jest w Niemczech słońca, ale jak już wyjdzie zza chmur, to szczęki opadają

Mój wyjazd do Niemczech był niesamowitym doświadczeniem, które będę wspominać jeszcze przez wiele lat. Był to także test charakteru – musiałam odnaleźć się w kraju, którego język ledwie znałam. Teraz już wiem, że mogę liczyć na siebie i mój kolejny wyjazd ze stypendium, do Portugalii, mogłam przeżyć już spokojniej. Ale o tym innym razem.

Pierwszy rzut oka na Portugalię



Hej!

Po króciutkiej, zaledwie dwumiesięcznej przerwie wracam do pisania. Myślałam nawet o usunięciu bloga, ale stwierdziłam, że spróbuję jeszcze powalczyć z moją prokrastynacją i zostawić ślad po sobie w internecie. No bo kto nie chciałby czytać o podróżach jakiegoś randoma z internetu, nie?

Powód mojego milczenia był prozaiczny. W Niemczech miałam w styczniu do zaliczenia jedenaście przedmiotów, a wykładowcy tam nie przejmują się, czy mają do czynienia ze zwykłym studentem, czy tym z wymiany ;) Ponieważ musiałam wszystko pozaliczać do końca stycznia, podczas gdy normalnie sesja tam zaczyna się koło 10. lutego i trwa miesiąc, zrobiło się nagle pracowicie.



A co z lutym? W lutym przeprowadziłam się do Portugalii, by zacząć kolejną wymianę. Piątego wylądowałam w Lizbonie, wieczorem dotarłam do Coimbry, a szóstego już zaczynałam zajęcia. Zaaklimatyzowanie się tutaj zajęło mi trochę czasu, chwilami było ciężko. Teraz jednak wracam na, mam nadzieję, dobre. W ciągu kilku następnych miesięcy postaram się rozruszać trochę ten blog i załatwić jakiś przyzwoity szablon, który się nie rozjeżdża.


Coimbra to nieduże miasto w centralnej Portugalii. Ma najstarszy uniwersytet w kraju i jest wypchane studentami po brzegi. Rozciąga się na kilku wzgórzach, a transport publiczny jest tak koszmarny, że nikt na niego nie liczy. Wszędzie chodzi się pieszo, do góry, w dół, do góry, w dół, darmowa siłownia. Z moich pierwszych wrażeń - pogoda tutaj to istny rollercoaster. Temperatura waha się od dziesięciu do dwudziestu paru stopni, a słońce przeplata się z deszczem. Niczego nie można być pewnym. Mimo wszystko przyjemnie jest grzać się w cieple ze świadomością, że na Mazurach jest teraz cztery stopnie na plusie ;)



W ramach planów około blogowych - najbliższych kilka postów będzie jeszcze o Niemczech, przeplatanych z Portugalią. Zacznę od podsumowania poprzedniego semestru. Do zobaczenia!

Czemu Niemcy szaleją na punkcie jarmarków świątecznych?



Hej!

Przyszła zima. Nie, do nas, w Mainz, jeszcze nie. Cieplutko tu jest, co nie przeszkadza Niemcom przeżywać świąt pełną gębą... od kilku tygodni. Kolędy w sklepach słyszałam tu jeszcze przed zaduszkami.



Podobno w Polsce też mamy takie jarmarki w większych miastach, w Gdańsku, w Krakowie - nie wiem, sama na takim nigdy nie byłam. W Bydgoszczy na pewno takiego nie widziałam. Podoba mi się ta tradycja - nagle pojawia się dobry powód, by wyjść wieczorem na spacer czy na szklaneczkę grzanego wina. Wieczorami trudno jest wcisnąć szpilkę między budkami z jedzeniem.



Na jarmarkach można kupić prezenty - zabawki, skórzane torby, maskotki i całkiem sporo rękodzieła, np. drewniane deski z wypalanymi rysunkami. Jeśli brak Wam pomysłu, co można kupić rodzinie, z pewnością po jednym spacerze będziecie mieć ich aż nadto. Ale nie po to Niemcy tu przychodzą.



Niemcy przychodzą tutaj - niespodzianka - po jedzenie. Gluhwein, grzane wino z przyprawami, sprzedawane po 3 euro w porcelanowych kubeczkach. Każde miasto ma swój wzór i przyznam, że choć staram się nie kupować tu zbyt dużo, na mojej półce stoją już trzy różne kubki. Oprócz tego oczywiście Brotwurst, kiełbaski w bułce z musztardą, bardzo popularne są też crepes i hiszpańskie rurki z nutellą. Na każdym jarmarku jest też obowiązkowe stoisko z Lebkuchen, wypiekami przypominającymi coś pomiędzy piernikiem i chlebem, i z orzeszkami w polewie - tu też rządzi nutella, ale też jakieś sto innych smaków.



Nie wiem, w czym tkwi magia jarmarków świątecznych. Niemcy, których znam, mówią, że to przywiązanie do tradycji i tęsknota za dawnymi czasami. Ale obcokrajowcy zachwycają się tym miejscem tak samo szybko, jak i miejscowi. Wszędzie plączą się Amerykanie, mówiąc głośno, zawsze w jaskrawych ciuchach.



Dotychczas odwiedziłam jarmarki w Mainz, Wiesbaden, Frankfurcie, Wurzburgu i Norymberdze - i wszystkie w zasadzie wyglądały tak samo. Gwar, kolędy, mnóstwo ludzi i dobrego jedzenia, i świąteczna atmosfera. I chyba poddałam się tej magii równie szybko, co Niemcy, bo z pewnością spróbuję odwiedzić jeszcze parę.

Bułki z puszki czyli jedzenie, które zaskoczyło mnie w Niemczech


Hej!

Nie ogarniam jeszcze za bardzo bloga, chciałabym, żeby wszystko było jak najładniejsze od samego początku, ale jeszcze na razie to czarna magia. Na przykład - dlaczego ten obrazek w nagłówku jest ucięty z prawej, ale gdy kliknie się "czytaj dalej", wszystko gra?

W Mainz spadł w tym tygodniu pierwszy śnieg. Nie ukrywam, jako zagorzała hejterka śniegu cieszyłam się szalenie, że tyle mu to zajęło. Słyszałam, że w Polsce było trochę gorzej.

Ale nie o tym chciałam dziś pisać. Jedzenie. Kiedy tu przyjechałam, byłam pewna, że nic mnie nie zaskoczy. W końcu przeprowadziłam się do sąsiadów, nie na drugi koniec globu.Mimo to Niemcom skutecznie udało się mnie zdziwić. Oto moje trzy typy, przy których zatrzymałam się na chwilę dłużej.


Wzięłam do ręki i nie uwierzyłam. Kostki cukru w czekoladzie. Kostki cukru w czekoladzie o smaku mięty. I choć moja znajoma Niemka szybko rozwiała moje wątpliwości i powiedziała, że używają ich głównie do ozdabiania ciast, przez jakiś czas miałam w głowie obraz Niemców gryzących cukier jako przekąskę. A może, wzorem Rosjan, pijących herbatę z kostką cukru zaciśniętą między zębami.


Tu nie ma co opisywać. Nawet nie planuję tego próbować. Niemcy mają smaczne kiełbaski, ale sensu trzymania ich w słoiku (poza przedłużeniem świeżości) nie widzę. Chyba lepiej wybadać, gdzie można dostać świeżą wędlinę.


No i wreszcie te tytułowe bułki w puszce. Słowem wyjaśnienia - to nie dosłownie bułki, tylko ciasto na nie. Wyciągamy, ciachamy na kawałki i na blaszkę. Podobno pyszne i przyznam, że przemawia do mnie wizja poranka, gdzie świeże bułeczki robimy w kuchni, zamiast biegać w piżamie po sklepach. Szkoda, że nie mam w akademiku piekarnika, bo z chęcią bym spróbowała.

No, to tyle na dzisiaj. Przyznam, że choć każde z tych dań mnie zaskoczyło, żadne nie skusiło mnie na tyle, bym je kupiła. Może trafi się coś jeszcze... A może nie. W końcu mamy z Niemcami sporo wspólnego.

Dzień dobry

Hej!

Witam w moich progach - cieszę się, że tu zajrzałeś!

Nazywam się Kamila, mam 22 lata. Studiuję lingwistykę stosowaną, choć języków obcych wolę się uczyć w domu, nie na studiach. Bawiłam się trochę tłumaczeniami, byłam nauczycielką w szkole językowej. Mimo iż wszyscy uczymy się inaczej, wiem, że są pewne "sztuczki", które skutecznie pozwalają przyspieszyć proces nauki, i chciałabym się z Wami tą wiedzą podzielić.



Odkąd tylko pamiętam, zawsze marzyłam o podróżowaniu i niedawno udało mi się to marzenie spełnić. Od dwóch miesięcy przebywam w Niemczech na Erasmusie. Na blogu będę opisywała moje wrażenia nie tylko dotyczącego tego kraju, ale i porady, jak załapać się na Erasmusa i jak go przeżyć najlepiej.

Znajdziecie mnie też na INSTAGRAMIE - dotychczas tam się wyżywałam, ale przestało mi to wystarczać. Przyszła pora rozpanoszyć się tutaj.